O tym jak zaskoczyłam samą siebie

Jest to dla mnie najbardziej nieprzewidywalny rok w życiu. Prawie każdy aspekt mojej egzystencji zrobił obrót o 180 stopni: wyprowadzka z rodzinnego domu i jednocześnie przeprowadzka do innego miasta, pierwsza poważna praca, rzucenie studiów i rozpoczęcie magisterki na kierunku zaocznym. Trochę tego dużo i, wydawałoby się, za dużo na takiego małego człowieczka.
A jednak – dzięki tym wszystkim wydarzeniom poznałam siebie lepiej. Kto by pomyślał, że człowiek sam siebie nie zna. Całe życie się uczymy i wychodzi na to, że uczymy się również siebie samych.

Faktem jest, że możemy tylko przypuszczać „jakbym się zachował, gdyby”. Dopiero, kiedy hipotetyczna sytuacja staje się rzeczywistością, widzimy jak wszystko się zmienia. Nasz pogląd, zachowanie, priorytety. Opiszę Wam jak to było w moim przypadku, od gdybania po aktualny stan.

O wyprowadzce z domu myślałam od ponad roku. Oczywiście brałam pod uwagę tylko Kraków, bo przecież tam miałam kończyć studia (dzienne), znaleźć mieszkanie i pracę. Kilka razy w tygodniu jeździłabym odwiedzać rodziców, gdyż jestem z nimi bardzo związana i niesamowicie ich kocham. Wszyscy byliby zadowoleni, bo mieszkalibyśmy od siebie góra pół godziny drogi.

Tak miało być. Dzisiaj mieszkam, pracuję i studiuję w Warszawie.

photo-1431538510849-b719825bf08b

Jestem typem, który lubi towarzystwo, ale na początku bardzo się stresuję, będąc w gronie osób, których nie znam. Zakładałam, że będę siedziała sama, i w ogóle wezmą mnie za gówniarza („przecież oni wszyscy się znają, a ja taka z zewnątrz i jeszcze z innego miasta…”). Okazało się, że ludzie są tacy jak wszędzie – normalni. Porozmawiają, przysiądą się w trakcie lunchu, czy posłużą radą w sprawach służbowych. Dzięki ich zachowaniu szybko zapomniałam o moich początkowych czarnych myślach, których – powiedzmy sobie szczerze – nie powinnam mieć.

Sprawa z nowymi studiami i moją reakcją bardzo mnie zaskoczyła.
Kiedy podjęłam decyzję o rzuceniu poprzedniego kierunku i tylko pomyślałam o nowych studiach – oblewał mnie zimny pot. Poprzednie 3,5 roku spędziłam na WZiKS-ie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Znałam budynek i okolice, czułam się tam swojsko, więc myśl o (nie daj Boże!) zmianie uczelni, nieznanym miejscu i ludziach sprawiała, że mi się wszystkiego odechciewało.

Jak już przeprowadziłam się do stolicy i wybrałam kierunek studiów, to wszystko poszło zadziwiająco gładko. Tak jakby mój mózg ustawił sobie pewien priorytet – WEŹ STUDIUJ.
I poszło.
W dzień pierwszego zjazdu czułam się dziwnie – nie byłam zdenerwowana. Wsłuchiwałam się w swój organizm, wręcz czekając na wybuch. A tu nic, byłam jak zaprogramowana – trzeba iść na zajęcia, no to idę.
Było to bardzo duże zaskoczenie, biorąc pod uwagę schizę, którą sobie wcześniej wgrałam.

slonce

Ostatnią rzeczą, której najbardziej się bałam, i którą najbardziej przeżywałam przed wyjazdem był sam fakt wyprowadzki.
W domu staraliśmy się na ten temat jak najmniej rozmawiać, bo groziło to zbiorowym płaczem i podtopieniem pomieszczenia, w którym aktualnie się znajdowaliśmy.
Sama ucinałam wszelkie rozmowy typu „jak sobie poradzisz”, „będzie pusto bez ciebie” etc., bo automatycznie czułam wielką gulę w gardle, a nie chciałam rodzinie utrudniać pożegnania. Trzymałam się głównie ze względu na nich.
Prawie się złamałam, kiedy odprowadzili mnie na pociąg do Warszawy. Oj, ile mnie kosztowało opanowanie się, po tym jak zobaczyłam zapłakaną twarz mamy.

Eh… nawet jak o tym piszę, to mi się oczy pocą.

Wracając – wsiadłam do pociągu, wysiadłam w nowym mieście. „Moim” nowym mieście. Skłamałabym, gdybym napisała, że nic mnie nie ruszyło i, że chłonęłam nieznane miejsce, poznawałam ludzi itd. Na początku było ciężko, momentami cholernie ciężko. Byłam sama, ryczałam po przekroczeniu progu mieszkania. Nigdy wcześniej nie mieszkałam sama.
Przed przeprowadzką mój scenariusz zakładał totalną depresję, brak chęci do pracy, awersję do ludzi… Okazało się, że wcale nie było tak źle. Tęsknota oczywiście była, bo gdyby jej nie było, to byłabym robotem.

Dni, tygodnie mijały. Budowałam swoją nową rutynę – uwierzcie, bardzo pomocne są stałe punkty w planie dnia. Wykonujemy czynności automatycznie, nie zastanawiając się nad niczym.
Im więcej miałam zajętego czasu, tym mniej miałam czasu na tęsknotę. Genialnym rozwiązaniem okazało się rozpisanie  planu na miesiąc (co gotować, co robić danego dnia, jakieś małe przyjemności). Wiedziałam, że muszę coś zrobić i skupiałam się na tych małych celach. Nim się obejrzałam, przychodził weekend, w którym jechałam do Krakowa, do rodziny – naładować baterię.

Teraz czuję się bardzo dobrze, tęsknota prawie w ogólne mi nie dokucza (żyjemy w końcu w erze, internetu, skype’a i telefonów komórkowych). Nie boję się nowych ludzi, czerpię z pracy satysfakcję. Momenty smutku są rzadkie i krótkie, wiem, że są przejściowe i nie załamię się na dłużej.

Chciałabym, żebyście z tego wpisu wynieśli pozytywny wniosek: jesteśmy silniejsi niż nam się wydaje. Ludzki umysł potrafi sobie niesamowicie radzić z wyzwaniami rzucanymi przez świat (chociaż czasami można się załamać z klasą). Nie bójcie się brać życia „na klatę”, bo może okazać się, że zniesiecie wszystko o wiele lepiej niż zakładaliście.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s